Gołe ręce – wywiad z Tomaszem Piotrkowiczem


GOŁE RĘCE
Wywiad z Tomaszem Piotrkowiczem – posiadaczem 5 dana w karate, prezesem Polskiego Stowarzyszenia Karate, szefem stylu Gosoku-ryu w Polsce, założycielem jednego z największych ośrodków japońskich sztuk wałki w kraju -Warszawskiego Centrum Karate, pierwszego w Polsce instruktora karate uhonorowanego przez japońskich mistrzów tytułem shihan (profesor).
Dariusz Jemielniak: Coraz głośniej w kraju o przejawach agresji, pobić i morderstw bez powodu. Coraz częściej problem ten dotyczy dzieci, młodzieży. Czy sądzi Pan, że uprawianie sztuk walki zwiększa bezpieczeństwo na ulicach, czy – przeciwnie – może przyczynić się do większej brutalności?
Tomasz Piotrkowicz: Sytuacja coraz większego zagrożenia bierze się stąd, że – niestety – nasza policja nie radzi sobie z obecną rzeczywistością, głównie na skutek niedoskonałości naszego systemu prawnego. Jest to jedno z wypaczeń zasad demokratycznych, gdzie takie same traktowanie z punktu widzenia prawa napastnika i ofiary napadu powoduje to, iż osobą uprzywilejowaną jest przestępcą. Stąd ja, instruktor karate, jeśli obronię się na ulicy przed napadem lub pomogę komuś w sytuacji zagrożenia ryzykuję utratę uprawnień, utratę prawa wykonywania zawodu i mogę być pociągnięty do odpowiedzialności karnej. To śmieszne, ale fakt, że ktoś jest policjantem czy instruktorem karate staje się w sądzie okolicznością obciążającą, jak jazda samochodem po pijanemu. Nikt mi nie wytłumaczy, że to jest logiczne. W sądzie łatwo udowodnić przekroczenie uprawnień, obrony koniecznej. Np. pobiję kogoś, kto włamuje mi się do samochodu, a tu okaże się, że ten biedaszek był bardzo chory, łom trzymał w niesprawnej ręce, jest niepełnoletni, dziecko prawie, a w ogóle to on chciał tylko posiedzieć w moim samochodzie. A tu taki wytrenowany byk odebrał mu zdrowie psychiczne i fizyczne. I stąd obserwujemy, że to policjant stoi na baczność przed chuliganem i wysłuchuje obelg.
D. J.: Chyba trochę Pan przesadza, aczkolwiek trudno nie zgodzić się, że np. prawo angielskie różni się w tych kwestiach od naszego. Tam można bronić swego domu. Tylko, że na Zachodzie jest zwiększony dostęp do broni. Może to byłoby jakimś wyjściem, bo przecież trudno radzić wszystkim, żeby uprawiali sztuki walki?
T. P.: Proszę zwrócić uwagę, że policjant w Anglii nie nosi broni palnej. Jeżeli chodzi o dostęp do broni, to jest on ograniczony w Polsce tylko dla normalnych obywateli, przestępca może kupić nóż sprężynowy w kiosku, a pistolet na bazarze. A jaki popularny stał się u nas baseball – co drugi młody chuligan idzie na spacer z kijem do baseballa. U nas zwykły obywatel nie ma szans uzyskania zgody na posiadanie broni palnej, za to usunięci z resortu milicjanci, różnej maści ochraniarze-jak najbardziej. Ilu właścicieli kantorów, jubilerów żyłoby do dzisiaj, gdyby mogli nosić broń. A przynajmniej mieliby równe szanse. Przepisy o pozwoleniu na broń mają się niedługo zmienić i bardzo dobrze.
D. J.: Czy to nie paradoksalne, że Pan, ekspert walki wręcz, jest za zwiększeniem dostępu do broni palnej?
T. P.: Jestem za dostępem do broni palnej dla obywateli nie karanych, zdrowych psychicznie i mających realną potrzebę jej posiadania. Nie zawsze wystarczą „gołe ręce”, aby się obronić. Natomiast kluby sztuk walki są bezsprzecznie dobrym panaceum do podniesienia umiejętności samoobrony, wychowywania młodzieży bez agresji, nauki samokontroli. W karate traktowanym jako sztuka samoobrony nie chodzi o czysto fizyczną zaprawę, a raczej przygotowanie do oceny sytuacji i szybkich reakcji – także np. do błyskawicznej ucieczki. Ćwiczący karate jest lepiej przygotowany psychiczne do sytuacji konfliktowej niż laik. Dla normalnego człowieka każdy napad, agresja – są ogromnym szokiem. Napastnik zwykle przygotowuje się, działa na zimno i bez skrupułów. Wykorzystuje zaskoczenie. W pierwszym momencie liczy się więc siła naszego opanowania, psychiki. Dlatego nie wystarczy przez kilka tygodni pochodzić na kurs samoobrony. Nie wystarczą też zajęcia teoretyczne, prowadzone przez psychologa. Chcąc nauczyć się skutecznej samoobrony, trzeba uprawiać karate trochę dłużej.
D. J.: Czy zwykłym ludziom starcza na to czasu?
T. P.: Ważne jest, by naukę zacząć jak najwcześniej, najlepiej jeszcze w szkole. Po kilku latach można liczyć na efekty: zarówno fizyczne, jak i psychiczne.
D. J.: Co radziłby Pan zrobić, jeśli staniemy się ofiarą napadu?
T. P.: Trudno jest cokolwiek radzić ogólnie. Wszystko zależy od okoliczności, które za każdym razem są inne.
D. J.: A co robić, by unikać zagrożenia?
T. P.: Chociażby – nie obnosić się z pieniędzmi… Chociaż w Polsce, gdzie wszystkich zakupów dokonuje się za gotówkę, trudno czasem uniknąć niebezpiecznych sytuacji. Bardzo istotne jest zachowanie osób – zajmuje się tym także wiktymologia. Człowiek całym swoim zachowaniem przekazuje pewne sygnały — a przestępca nie wybiera ofiary przypadkowo. Gdy jesteśmy skoncentrowani, zdecydowani, to nawet nie wyglądając jak kulturysta zwykle unikniemy napadu. W karate ćwiczy się tę „ nieustanną gotowość „, tzw. zanshin. Ludzie roztargnieni, niepewni są potencjalnie łatwą ofiarą. A możemy liczyć tylko na siebie. Śmieszne są patrole Straży Miejskiej złożone z samych kobiet – w końcu nie mogłyby wiele zrobić w razie bandyckiego napadu…. A nawet gdy już policja znajdzie przestępcę, sądy działają bardzo wolno.
D. J.: Radzi Pan więc samemu trenować sztuki walki?
T. P.: Tak, choć przestrzegam przed egzotycznymi klubami, których nazwy brzmią jak wzięte z filmów s-f. Radzę pójść do sprawdzonych klubów, w których trener przedstawia się z imienia i nazwiska, posiada uprawnienia. Jeśli ktoś chce chodzić na szybkie kursy samoobrony, lepiej zrobiłyby mu wykłady z psychologii konfliktu, choć i ta wiedza wymaga ćwiczeń. A biorąc pod uwagę fakt, że w konfrontacji z pistoletem trudno jest obronić się tylko przy pomocy rąk, najlepszym rozwiązaniem byłoby, moim zdaniem, zwiększenie dostępu przeciętnych obywateli do broni palnej.
D. J.: Czy był Pan kiedyś ofiarą napadu?
T. P.: Jak dotąd nie. Miałem natomiast kilka przypadków interwencji w sprawach chuligańskich. Niedawno nawet udało mi się rozpędzić bójkę po prostu machając zwiniętym plakatem, który trzymałem w ręku: byłem na tyle zdecydowany, że udało mi się odgonić bandytów od dwóch zaatakowanych. Przerażające jest to, że była to godzina 15.00, w środku miasta – a nikt z przechodzących nie reagował. Może trudno się zresztą dziwić -ja w starciu jestem zawsze przegrany: jeżeli dam się sprowokować, będę się bronił, ryzykuję pociągnięciem do odpowiedzialności: np. bo przeciwnik mial tylko pałkę. Zresztą każda konfrontacja może prowadzić do tragedii, dlatego najlepiej ich unikać.
D. J.: Czy ma Pan jakąś radę dla czytelników?
T. P.: Radzę unikać groźnych miejsc. I uważać na siebie. D. J.: Dziękuję bardzo za rozmowę.
Z Tomaszem Piotrkowiczem rozmiawiał Dariusz Jemielniak