Mistrz karate jest zawsze na przegranej pozycji


Dlaczego pomimo wieloletniego doświadczenia i uzbieranych tytułów mistrzowskich, bezpośrednią konfrontację w obliczu zagrożenia zawsze traktuje się jako absolutną ostateczność? Czy to jedyny sposób na uniknięcie obrażeń ciała?

 

Artur Wiśniewski: Można odnieść wrażenie, że czasem – w obliczu zagrożenia – rozsądniej by było zapomnieć na chwilę, że jest się karateką, i po prostu zwiać, choć nie mam przekonania, że leży to w dobrym tonie.

 

Tomasz Piotrkowicz: Oczywiście, że tak! Na jednym z ostatnich treningów z dziećmi powiedziałem swoim podopiecznym, że podstawową funkcją, jaką powinny spełniać nogi, jest ucieczka. Wywołało to salwę śmiechu – w końcu jak to możliwe, że mistrz karate opowiada takie rzeczy? Uważam, że jeżeli ucieczka będzie jedynym i skutecznym rozwiązaniem, nie powinno się mieć przed nią oporów.

– Lepszy żywy tchórz niż martwy bohater?

 

– Czemu tchórz? Sprawa tchórzostwa to coś innego. Wyobraźmy sobie drzwi, a za nimi czyhające niebezpieczeństwo. Jeśli jest tam również ktoś, komu trzeba pomóc – idę tam. Jeśli nie ma, nie widzę sensu, by ryzykować. Ludzie wspinają się na strome szczyty, skaczą na bungee, pchają się w niebezpieczeństwo. Karate natomiast polega na unikaniu niebezpieczeństw i ich eliminowaniu, ma być groźne dla przeciwnika, a nie dla mnie.

Jestem dość niski i krępy i spodnie często mam dość obcisłe. Jeśli atakuje mnie dwóch facetów zdecydowanie ode mnie większych, jak mam wyskoczyć w górę i kopnąć ich w głowę w tych ciasnych spodniach? Naoglądaliśmy się w telewizji takich scen, gdy jakiś 80-letni staruszek wybija się w powietrze, nagle zaczyna lewitować i z drugą prędkością kosmiczną wykonywać 30 obrotów. To są chore i absurdalne wyobrażenia.

– Czasem od konfrontacji nie ma jednak odwrotu, zwłaszcza, kiedy dyscyplinę karate uprawia się zawodowo. Czy można walczyć tak, aby całkowicie wyeliminować ryzyko uszkodzenia ciała?

 

– Powiem panu jedną ciekawostkę. Udałem się pewnego dnia do towarzystwa ubezpieczeniowego, by wykupić sobie polisę. Kiedy zdradziłem, że uprawiam karate, podniesiono mi z tego względu opłaty. I to całkiem niesłusznie! Sam trening jest przecież niezwykle bezpieczny. Odbywa się w szeregu, na komendy, a wtedy urazowość jest bliska zeru, o ile oczywiście wszystko prawidłowo się odbywa.

Wiele zależy też od samych instruktorów, od ich wiedzy i wyszkolenia. Na początku rozwoju karate w Polsce bywało, że  instruktorzy starali się być bardziej japońscy od Japończyków. I wiedzę czerpali najczęściej z filmów. To prowadziło do naśladowania pewnych schematów i robienia czysto pokazowych ćwiczeń w ilości i natężeniu szkodliwym dla zdrowia trenującego.

– Głupkowate ćwiczenia to jeszcze więcej przeciążeń, których i tak przecież nie brakuje.

 

– Zgadza się, a na te przeciążenia narażone są zwłaszcza stawy kolanowe, podobnie zresztą jak w tańcu, piłce nożnej czy akrobatyce – tam, gdzie jest dużo ćwiczeń gibkościowych. Młodzi ludzie nie przywiązują do tego większej wagi, ale po latach mogą zacząć to odczuwać. Często zapomina się też o prawidłowym zapleczu fizykoterapeutycznym – o masażach, opiece medycznej, właściwym odżywianiu i higienicznym stylu życia. Trzeba się regularnie wysypiać, nie da się bowiem imprezować i jednocześnie być dobrym karateką. Wcześniej czy później serce albo inny organ nie wytrzyma takiego złożenia.

–  A Pan dbał o siebie?

 

–  Zawsze byłem raczej spokojnym człowiekiem. Owszem, popełniałem błędy, ale starałem się na nich uczyć.

–  Utarczki uliczne najczęściej przytrafiają się w okresie młodości.

 

–  Miewałem różne historie, ale na ogół niezbyt poważne. Zdarzyło mi się złamać parę nosów, czy to niechcący na treningu czy też chcący w obronie własnej. Proszę mi wierzyć, że jako trener jednak jestem zawsze na przegranej pozycji w takich konfrontacjach. Jeśli pokonam napastnika, nazwą mnie cwaniaczkiem, który specjalnie sprowokował sytuację, bo ma siódmy Dan  w karate. Jeśli go nie pokonam, to się ośmieszę, bez względu nawet na to, że jest dwa razy większy ode mnie.

Druga sprawa to odpowiedzialność sądowa. Zręczny adwokat może dowieść, że przekroczyłem obronę konieczną. Później się okaże, że ten, który mnie napadł, miał chore nerki, w które akurat w ferworze walki go kopnąłem, i wtedy pojawiają się kolejne problemy. Proszę mi wierzyć, że takie sytuacje w sądzie zdarzają się codziennie. To oczywiście zwykłe odwracanie kota ogonem, bo nagle napastnik staje się ofiarą.

Mistrz karate musi więc starannie unikać konfrontacji.

–  Czyli znów umysł powinien odegrać najważniejszą rolę.

 

–  Na tym polega mistrzostwo, musi być ono intuicyjne.

–  Czy karateka musi być osobą inteligentną?

 

–  To zależy od definicji inteligencji. Spotkałem w życiu co najmniej kilku szefów, którzy mieli wielkie firmy, a ja zastanawiałem się, jak ci idioci do tego wszystkiego doszli. Dziś dostrzegam ich zalety – zalety, których ja nie posiadam, a które pozwoliły im zrobić duży biznes. Istnieją też tzw. „fizole”, a więc ludzie niezbyt wysokich lotów, ale posiadający pewne unikalne predyspozycje fizyczne. Nie wyobrażam sobie wprawdzie, by ktoś mógł być karateką a zarazem idiotą, ale z drugiej strony są osoby bardzo bystre intelektualnie, ale słabe fizycznie. Starożytni Grecy dążyli do ideału „kalos kagathos” – piękny i dobry, czytaj też mądry. Można mieć spore wątpliwości, czy ten ideał udało im się osiągnąć.

Rozmawiał: Artur Wiśniewski

http://www.mojakontuzja.pl/trenuj/tomasz-piotrkowicz-mistrz-karate-jest-zawsze-na-przegranej-pozycji/