wywiad z mistrzem Hideo Ochi


HIDEO OCHI 8 DAN

W dniach 12—14 marca 1999 r. odbyło się ogólnopolskie semi-narium karate z japońskim mistrzem Hideo Ochi, o czym donosiliś¬my w poprzednim numerze „Samuraja” (patrz okładka numeru 1(21)’99). Tomasz Piotrkowicz, prezes Polskiego Stowarzyszenia Karate i szef instruktorów Warszawskiego Centrum Karate już po raz drugi gościł mistrza w Polsce. Seminarium z udziałem blisko 300 najlepszych karateków z całej Polski odbyło się w hali Stołecznego Ośrodka Sportu przy torze Łyżwiarskim „Stegny”. Sprawna organi¬zacja zarówno ze strony kierownictwa obiektu jak i członków War¬szawskiego Centrum Karate zrobiła duże wrażenie na japońskim gościu. Na stoisku firmy „Hunter” obok najlepszych w Polsce kimon i akcesoriów sportowych jak gorące bułeczki sprzedawały się najnowsze egzemplarze „Samuraja” z mistrzem Ochi na okładce.
Oto nieautoryzowany wywiad z mistrzem, jaki specjalnie dla czytelników „Samuraja” przeprowadził Tomasz Piotrkowicz.
Na lotnisku w Warszawie mistrza powitali T. Piotrkowicz i ćwiczący w czasie kilkuletniego pobytu w Polsce w Warszawskim Centrum Karate dawny mistrz akademicki Niemiec, Heinz Domkę.

T.P. – Wydawało mi się Sensi, że byłeś zaskoczony i lekko zdezorien-owany w początkowych godzinach pobytu w Warszawie?
H.O. – Heinza poznałem od razu, ale nie mogłem skojarzyć Ciebie. Ostatnim razem widzieliśmy się chyba w Magdeburgu w 1990 roku.
T.P – Nic dziwnego, wtedy miałem brodę i dłuższe włosy – teraz ły-siejący, króciutko ostrzyżony czterdziestolatek.
H.O. – Ale brzuch został ten sam. (Żart mistrza, który schudł od tamtych lat 8 kg, a ja tyle samo przytyłem – T.P). A poza tym Warszawa bardzo się zmieniła od mojego ostatniego pobytu, już nie pamiętam, w którym to było roku?
T.P. – Chyba w 1989.
H.O. – Tak, teraz nie widać różnic w stosunku do dużych miast niemieckich. Największe jednak postępy mogę zaobserwować w karate. Teraz wiem, że polskie karate rozwinęło się bardzo. Jedynym minusem, jaki spostrzegłem jest różnorodność interpretacji kata i pewna dowolność wykonywania technik.
T.P. – To bierze się z faktu rozbicia się polskiego Shotokan na szereg organizacji, w których różni mistrzowie różnie interpretują podstawy karate.
H.O. – Tak, jednak pewna standaryzacja obowiązuje. Zauważyłem zbyt zgięte kolana w postawie zenkutsu-dachi. To już jest inna pozycja – sochin-dachi.
T.P. – To sposób wykonania tej pozycji w karate tradycyjnym według mistrza Nishiyamy.
H.O. Także Twoi uczniowie inaczej ćwiczą kata Heian, np. na początku Heian godan wykonują gyaku-zuki w postawie wykrocznej, a nie zakrocznej, kończą tę formę ruchem do przodu, a nie do tyłu.
T.P. – Te zmiany wprowadził soke Takayuki Kubota.
H.O. – Jednak nie są one znane w Europie i sędziowie na międzynarodowych zawodach mogą ocenić takie wykonanie jako błędne. Nawet Takemasa Okuyama z Kanady, który jak mówisz jest prawą ręką sensi Kuboty, a który jest tak jak i ja absolwentem Uniwersytetu Takushoku, gdzie ćwiczyliśmy dobre karate (była to kolebka zagranicznych instruktorów karate – przyp. T.P.) nie wprowadził ich.
T.P. – Przemyślę ten temat, Sensei. Chyba masz rację. A jak oceniasz polskich karateków ćwiczących według Japan Karate Asso-ciation? Byli oni na seminarium.
H.O. – Ich szefa, Roberta Sworka pa¬miętam także z poprzedniego pobytu u Ciebie – mieliście razem kumite podczas egzaminu mistrzowskiego, jaki zdawaliście przede mną. Dowiedziałem się od niego, że są w Polsce dwie grupy JKA. To linia karate, którą reprezentuję i chciałbym żeby te grupy połączyły się i współpracowały ze sobą.
T.P. – Zauważyłem, że na słowo shihan krzywisz się trochę, stąd używam słowa sensei. Jak byłem w Japonii wszyscy uczniowie mówili do swoich nauczycieli sensei, a shihan to tytuł ze sztuk walki i do tego bardzo zaszczytny?
H.O. – Ale to już historia. Sensei to dob¬re współczesne słowo. Używacie zresztą wiele starych, tradycyjnych słów japońskich, które wyszły z użycia, np. za-zen to praktyka buddyjska, w karate wystarczy komenda mokuso.
T.P. – Może bierze się to z faktu atrakcyjności dla nas, Europejczyków historii i języka japońskiego.
H.O. (uśmiecha się) – Z pewnością.
T.P. – Sensei, cały czas wypytywałeś Heinza o dawnych swoich uczniów z czasów Heildelbergu, o tę złotą akademicką drużynę?
H.O. – To były dobre czasy i z częścią moich uczniów, jak z Heinzem jestem zżyty do dzisiaj.
T.P. – Wiem, że przyjechałeś też ze względu na zaproszenie Heinza i jego uroczej małżonki. Cieszę się, że od kilku lat ćwiczy on w moim klubie. Wiem, że żeby przyjechać do Polski zrezygnowałeś z wyjazdu do Japonii. Obaj z Heinzem jesteśmy za to bardzo wdzięczni. Kiedy jednak ponownie nas odwiedzisz. Nie chcielibyśmy czekać znowu dziesięć lat.
H.O. – Wszystkie weekendy do końca 2000 roku mam już zajęte. Zobaczymy. Ale przecież do Twojego klubu ciągle przyjeżdżają mistrzowie. Słyszałem, że wybiera się do Was T. Okuyama.
T.P. – Mamy ambitne plany. Ale Twoja wizyta, sesei jest dla nas zawsze priorytetem. Domo arigato, sensei.
H.O. – Honto-ni domo arigato.