Wywiad z shihanem Tomaszem Piotrkowiczem


Tomasz Piotrkowicz  wywiad

Red.: Panie Prezesie, ostatnio namnożyło się w Polsce mistrzów różnych stylów walki, dziwnych federacji itp. Skąd zwykły śmiertelnik ma wiedzieć, co jest prawdą i czy nie ma do czynienia z mistrzem samozwańczym?

T. P.: Kiedyś nawoływałem do sprawdzania uprawnień instruktorskich, dyplomów. Obecnie nie ma to już sensu, ponieważ hochsztaplerzy pierwsi zadbali o papierki. Działa tak dużo organizacji wzajemnie się zwałczających, rozdających na prawo i lewo rożne „papiery” aby tylko przyciągnąć łudzi do siebie, że instruktor już instruktorowi nie równy.

Red.: Czy mógłby pan podać przykłady?

T. P.: Nie chcą wszczynać żadnych wojen, staramy się stosować reklamę opartą na pozytywach własnych, a nie wywlekaniu publicznie wszelkich brudów. Wszyscy jesteśmy braćmi na drodze budo. O tym wielu zapomniało, a niektórzy wręcz jeszcze nie wiedzą.

Red.: No dobrze, ale jakieś przykłady, jak to jest z tymi stopniami mistrzowskim. Pan ma stopień 5 dan i tytuł shihan, co to oznacza?

T. P.: Oznacza tylko tyle, że zdałem przed mistrzami japońskimi egzamin na piąty stopień mistrzowski irotrzymałem od soke Takayuki Kubota tytuł shihan. Było to w 1994 roku.

Red.: Ten tytuł oznacza mistrza, profesora?

T. P.: Wie pan, w mojej książce pt. „Podręcznik karate” chyba najlepiej wyraziłem, co myślę o mistrzostwie. To tylko przenośnia, każdy nosi w sobie cząstkę mistrzostwa, jedni większą, drudzy mniejszą. Mistrzoswo to linia prosta, a umiejętności to asymptota, dążąca do tej prostej, lecz nigdy jej nie osiągająca. Errare humanum est.

Red.: Czy zgodzi się pan na porównanie słowa shihan do tytułu profesora w nauce?

T. P.: Chyba tak, znałem wielu profesorów na uczelni, którym trochę brakowało do mistrzostwa w ich dziedzinie. Ale wracając do tych stopni, to trudno je porównywać w różnych stylach, ze względu na różne kryteria. Ba, pół biedy, jeśli chodzi o kryteria, ale są ludzie którym „nadano” stopień.

My w Gosokuryu musimy zdawać egzamin — kihon, kata, kumite. Szanuję tych ludzi, którzy zdawali egzamin, szczególnie przed wysokiej rangi mistrzem japońskim. Podejrzane są stopnie mistrzowskie przyznawane przez organizacaję, „działaczy” i „urzędników”, zwłaszcza te na poziomie 1 lub 2 dan. Bzdurą są dla mnie przeskakiwania np. z 1 dana na trzeci. Albo człowiek nosi czarny pas, tylko nikt nie wie, gdzie go zdobył. Zetknąłem się z takimi organizacami, które wymieniają się z „bratnimi”, zagranicznymi stopniami  wy naszym instruktorom o jeden dan wyżej, my waszym. I to do tego w różnych stylach. Co mam sądzić o kolegach, którzy co roku legitymują się wyższym stopniem mistrzowskim? Przecież za parę lat nie starczy im stopni na skali…

Red.: A jak wyglądał pański egzamin?

T. P.: Zdawałem w przeddzień VII Mistrzostw Świata w Los Angeles. Tego dnia od 7.00 rano trwały seminaria, treningi ze światowymi ekspertami. Poza mistrzem Kubotą było tam wielu utytułowanych Japończyków, m.in. słynny Fumio De mura 8 dan, światowy ekspert kobudo i szef Shitoryu karate w USA.

Red.: Jego książki o karate i kobudo ukazały się chyba też w Polsce?

T. P.: Tak, z tym że polscy wydawcy nawet nie raczyli poprawić jego stopnia i wydrukowali tak jak w oryginałach sprzed prawie 20 lat, że ma 5 dan.

Wracając do tematu… Po czterech takich seminariach, w których uczestniczyłem i jednym, które obserwowałem, miałem jeszcze odprawę sędziowską i godzinę czasu na prysznic i lunch. Egzamin przypominał mi egzaminy na Uniwersytecie. W sali siedzieli mistrzowie od 7 do 10 dana, odźwiernym był 5 dan, on wywoływał z korytarza i wpuszczał zdających. Wchodziło się pojedynczo bądź podwójnie, wychodziło, spacerowało po korytarzu, znowu wchodziło, istna nerwówka. Chodziliśmy po korytarzu z nadmiarem adrenaliny we krwi, spoceni. Czułem się jak byk przed corridą. Najgorsze, że nikt nie ogłaszał wyników, jedni wychodzili z sali po 5 minutach, inni po pół godzinie. Nie wiedziałeś, czy i kiedy cię poproszą i z kim przyjdzie Ci walczyć. Pytać nikt nie śmiał o nic. Wyników nie ogłoszono. Wieczorem było uroczyste przyjęcie, a następne dwa dni były bardzo pracowite dla mnie jako sędziego Mistrzostw i dla polskich zawodników. Tysiąc czterystu zawodników z 38 krajów, walki na sześciu planszach. W drugim dniu zawodów nie wytrzymałem i spytałem się czarnoskórnego Charlesa Scotta (trenera mistrza świata Toma Tollivera), który startował w old boyach, a zdawał jak i ja na 5 dan, czy zna wynik egzaminu. Pokręcił przecząco głową, a ja odetchnąłem. Dopiero w dwa dni po zawodach, kiedy przyjechaliśmy do dojo mistrza Kuboty na trening z nim i jego uczniowie zaczęli mnie witać: Oss shihandai (pomocnik shihana  ten tytuł miałem ostatnie dwa lata), soke Kubota wyszedł ze swojego pokoju i powiedział: nie shihandai lecz shihan i wręczył mi dyplom na 5 dan. Wtedy najstarczy na sali (chyba 6 dan) głośno obwieścił: Tomasz Piotrkowicz z Polski zdał egzamin na 5 dan a także otrzymał tytuł shihan. I wszyscy się ukłoniliśmy. Do dzisiaj jestem przekonany, że gdybym łaził za mistrzem albo za innymi egzaminatorami i dopytywał się czy zdałem, to długo bym stopnia 5 dan nie zobaczył.

Red.: A więc i sprawdzian charakteru?

T. P.: O tak, mistrz Kubota to człowiek obdarzony w sztukach walki speca Iną charyzmą, zdolny jednym spojrzeniem przeszyć cię na wylot.

Red.: Panie Prezesie pomówmy o Stowarzyszeniu. Czy ma być ono konkurencją dla Polskiego Związku Karate czy może organizacją stylową?

T. P.: Ani jednym, ani drugim. Polski Związek to organizacja czysto sportowa, nastawiona na wyczyn. Już w naszym statucie mamy zapis o współpracy ze Związkami Sportowymi. Nasza działalność wykracza poza ramy sportu, będziemy organizować wymianę młodzieży z Japonii, seminaria, wieczory kultury Wschodu. Chcemy wciągnąć kolegów także z innych stylów, podobnie jak to się dzieje w Międzynarodowym Stowarzyszeniu, do którego należymy.

Red.: A jak jest w Gosokuryu z uznawaniem stopni ludzi, którzy wcześniej ćwiczyli inne style?

T. P.: Jeżeli mają dokument potwierdzający stopień, my nie kwestionujemy innych nadań, następny stopień będzie trzeba zdobyć wg naszych wymagań. Blagier, noszący za wysoki pas, ośmieszy się na tyle w czasie treningu, że albo sam zdejmie ten pas (a do tego trzeba mieć charakter), albo więcej się u nas nie pojawi. Było już parę wizyt „ instruktorów”, których umiejętności odpowiadały mojemu młodszemu synowi, który ma 9 lat. Nikt ich nie pobił, nikt im złego słowa nie powiedział, sami zrozumieli, że to dla nich za trudne. Zostali z nami wartościowi, którzy chcą się uczyć, a dopiero potem nauczać innych.

Red.: Czy dużo jest klubów Gosokuryu w Polsce?

T. P.: Z powodów, o których przed chwilą mówiłem nie tak dużo. Na razie. Zna pan to powiedzenie, że lepiej z mądrym zgubić, niż z głupim znaleźć? Ludzie z dziesięciu klubów mogą się razem spotykać, ćwiczyć, ustalać wspólną metodykę nauczania. Za duże organizacje rozpadają się. Małe jest piękne… i często trwałe.

Red.: Jakie ośrodki, poza największym Warszawskim Centrum Karate, wyróżniłby pan?

T. P.: Chciałbym podziękować instruktorom z Grójca, Warki i Mogielnicy, którzy towarzyszą mi na drodze Gosokuryu prawie od początku. Myślę tu o Tomku Chróścielu, Grzegorzu Kokosińskim, Zbyszku Komorowskim, Leszku Michalaku i Marcelin Binkowskim, także o Pawle Wiśniewskim obecnie z Płocka. Chciałbym, żeby tak udanie przebiegała współpraca z Alfredem Szpakowskim z Radomia i Jackiem Lipińskim z Częstochowy, których uważam za znakomitych karateka. Nie będę wymieniał moich warszawskich uczniów, im wszystkim coś zawdzięczam, nawet tym, którzy odeszli ode mnie bądź ćwiczą inny styl. Może to nieskromnie brzmi, ale miło mi jest słyszeć, że mój były uczeń jest teraz szefem karate tradycyjnego, czy Seitedo w Warszawie. Oss.

Red.: Dziękuję bardzo za szczery wywiad i życzę sukcesów Stowarzyszeniu.